image1 image2 image3

Kobieta w życiu księdza

„Oto rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama”. 
Rodowód Jezusa, który jak co roku 17 grudnia rozpoczyna okres bezpośredniego przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, jest wyjątkowy i specjalny. Mateuszowi nie chodziło bowiem tylko o opisanie genealogicznego drzewa Jezusa czy opowiedzenie jakieś anegdoty historycznej- jemu chodziło o prezentacje portretu Mesjasza, stąd ta długa lista biblijnych postaci, przez którą Ewangelista zapoznaje nas z rodziną Boga-człowieka. Mesjasz jest jej potomkiem.

I tutaj rzecz zaskakująca. Wśród tej wyliczanki, prawie ekskluzywnie męskiej, znajdują się imiona czterech kobiet. Jest to o tyle wyjątkowe, że w kulturze hebrajskiej kobiety nie miały miejsca w genealogiach. A tu nagle cztery kobiety i to o pochodzeniu bardzo podejrzanym: Tamar, która udając prostytutkę, poczęła syna ze swoim własnym teściem (Rdz 38); Rachab, nierządnica z Jerycha, ukrywająca dwóch żydowskich szpiegów (Joz 2); Rut, moabitka, która sprytnie okręciła swego kuzyna Booza, a ten wziął ją za żonę (Rt 3); no i oczywiście śliczna Batszeba, dla której Dawid stracił głowę (2 S 11), a której imienia Mateusz nawet nie wypisuje w rodowodzie Jezusa. Nazywa ją tylko po prostu „żoną Uriasza”. 

Dlaczego te kobiety, a nie inne? Czy nie mógłby Ewangelista upiększyć nieco tego rodowodu kilkoma bardziej zacnymi nazwiskami? W końcu to genealogia samego Jezusa z Nazaretu! Ale Mateusz nie chciał niczego upiększać. Chciał natomiast przekazać nam bardzo ważne przesłanie mówiące, że Ten, Który narodził się w Betlejem, stał się naprawdę człowiekiem; stał się naprawdę jednym z nas. Podjął nasze człowieczeństwo z całą jego historią: piękną i nie, dobrą i nie. A uczynił to bez żadnych zasług człowieka, za darmo, „z miłości za Bóg zapłać”. Chodzi więc o to, abyśmy i my przygotowali Jezusowi naszą biedną duszę z całą jej historią, włącznie z naszymi „czterema kobietami”, po to, aby On uczynił w niej żłóbek, czyli narodził się w tym barłogu, i w końcu zakrólował w całym naszym życiu.

Genealogia Jezusa z „czterema kobietami”, sprowokowała mnie, aby podzielić się z Wami kilkoma myślami na temat kobiety w życiu księdza. 

Sędziwy dominikanin urodzony w 1912 roku w Brukseli, ojciec Joachim Badeni, autor takich książek jak: „Kobieta, boska tajemnica” czy „Kobieta i mężczyzna, boska miłość’, twierdzi, że najtrudniejszą rzeczą w życiu kapłana jest brak kobiety. Inni znawcy tej materii powiadają, że to nie brak kobiety jest najtrudniejszy w życiu księdza, ale brak poczucia sensu życia. Z pewnością ojciec Badeni mówiąc tak, zakładał, że każdy ksiądz wie, po co żyje i dlaczego przyjął święcenia. Ale nie jest to oczywiste. Ksiądz może utracić sens życia i może zapomnieć, po co przyjął święcenia, bo sens życia zdobywa się każdego dnia, czasami w pocie „skrwawionego” czoła jak Jezus w Ogrójcu. 

Ojciec Józef Augustyn podzielił się takim oto doświadczeniem: „Dawałem kiedyś rekolekcje pewnemu duchownemu” – pisze. „Przysłał go biskup... Problem kobiety, itd. Początkowo odprawiał je niechętnie. Ale stał się cud. Kiedy się przełamał, modlił się jak dziecko, a na końcu publicznie powiedział: . To nie był problem celibatu, ale wiary” – kończy Augustyn.
 

Oczywiście, kiedy ksiądz udaje, że miłość kobiety, ojcostwo, pragnienie intymności – nie stanowi i nigdy nie było jego problemem, jest to po prostu kłamstwo. Problem ludzkiej miłości jest gdzieś wówczas zdławiony i ujawnia się w innej postaci, zwykle gorszej, np. w żądzy władzy, posiadania, zmysłowości itp. Ale i kobieta nie jest dla mężczyzny ostatecznym celem. Problem samotności księdza jest trochę głębszy i ma bardziej złożone przyczyny. Wielu żonatych mężczyzn ma przecież te same problemy co celibatariusze, choć mają żony... Poza tym, czy przejściowy kryzys, chwilowe załamanie się, nie są bardziej ludzkie niż cyniczne „trzymanie fasonu”? Cyniczny fason – to jest problem! Bo rozpoznany i podjęty kryzys zmusza do zmiany stylu życia, przewartościowania prac, zaangażowań, zmiany perspektyw. Kryzys to wołanie duszy, serca, umysłu: „zatroszcz się o mnie, nie lekceważ mnie”. Kryzys to błogosławieństwo. Jezus mówi nam wtedy, że bez Niego nic dobrego nie możemy uczynić.

Sporo spierano się w Polsce wokół publikacji listów Wandy Półtawskiej. Mieszkacie nad Wisłą i śledziliście z pewnością ten spór lepiej niż ja. Wśród uczestników dyskusji wokół „Beskidzkich rekolekcji” nie było i nie ma zgody. Czy Pani Wandzie chodziło o to, żeby świętego, choć jeszcze nie kanonizowanego papieża poznać głębiej jako człowieka? Czy z człowieka zrobić jak najszybciej świętego bez „ludzkich słabości”, czy też w jego aureoli oświecać siebie? Opublikowane listy warto jednak czytać w kontekście Roku Kapłańskiego, bowiem reakcja na publikację tej książki mówi dużo o tym, jak postrzegamy kapłana jako człowieka, który podobnie jak inni tęskni za relacją pełną intymności, choć może się temu pragnieniu oprzeć albo go nie rozumieć.

Ale co to znaczy w życiu księdza, „mieć kogoś bliskiego”, nawiązać „przyjaźnie intymne”? Kiedyś w formacji seminaryjnej i zakonnej straszyło się tzw. „przyjaźniami partykularnymi”. Dziś już tego raczej się nie robi, co wcale nie oznacza, że owe „partykularne przyjaźnie” nie mogą mieć problematycznego charakteru. A dzieje się tak zawsze, gdy przyjaźnie te opierają się na:

- zaborczości: a więc gdy relacja między osobami zbudowana jest na emocjonalnej manipulacji i zawłaszczeniu. Wtedy liczą się bowiem tylko nasze potrzeby;

- dzieje się tak zawsze, gdy przyjaźnie te opierają się na krytykanctwie, tzn. gdy osoby połączył chroniczny brak zadowolenia i potrzeba narzekania na innych;

- dzieje się tak zawsze, gdy przyjaźnie te opierają się na zahamowaniach,

to tzn. kiedy przez przyjaźń rozumie się zależność, idealizację i kontrolę, które często prowadzą do destrukcyjnych zachowań w stosunku do siebie, bowiem liczą się tylko moje potrzeby.

 
Wszystkie te patologiczne przyjaźnie charakteryzuje jedna rzecz: skupienie się na zaspokajaniu osobistych potrzeb, a nie kształtowaniu charakteru. Klerycy i księża, którzy angażują się w takie związki, często szukają substytutu poczucia pewności, zapełnienia „emocjonalnej pustki”, kompensacji przeszłych bądź teraźniejszych ran i krzywd. Tego typu przyjaźnie ograniczają ich rozwój i funkcjonowanie w grupach społecznych, parafiach, wspólnotach kapłańskich czy zakonnych.

Nie tak było w życiu naszego ojca Założyciela. Kobiety miały od samego początku swoje bardzo ważne miejsce w Zjednoczeniu Apostolstwa Katolickiego, podobnie jak w misji ewangelizacyjnej Kościoła od samego jego początku. Ewangelia przypomina przecież, że „wielu zaczęło w Niego [w Jezusa] wierzyć, dzięki słowu kobiety świadczącej…” (Chodzi oczywiście o świadectwo Samarytanki J 4,39). Wiedział też o tym Apostoł Narodów, dlatego pierwszy uznał równość mężczyzn i kobiet w Chrystusie. „Nie ma juz Żyda ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego, nie ma mężczyzny ani kobiety, ponieważ wszyscy jesteście jedno w Chrystusie Jezusie” – pisał w Liście do Galatów 3,28), i zaprosił niewiasty do aktywnego udziału w życiu Kościoła. Dzieje Apostolskie i Listy pozwalają poznać „z imienia” około 15 z nich: Apia, Damaris, Ewodia, Febe, Julia, Klaudia, Lidia, Maria z Rzymu, Nimfa, Pryscylla,Tryfora, itd. 

Podobnie było w życiu Don Vincenzo. W jego szkole Apostolstwa Katolickiego byli nie tylko mężczyźni, ale również wiele wyjątkowych kobiet, zakonnych i świeckich, które okazały się bardzo cennymi współpracownicami Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Jeśli chodzi o zakonnice z Wiecznego Miasta, według księdza Fallera, Pallotti miał je znać wszystkie. Do Zjednoczenia zapisał przecież 39 klasztorów żeńskich z Rzymu i 30 z poza Rzymu. Ks. Bruno Bayer przygotowuje w tej chwili ostatni, ósmy tom listów Pallottiego. Składał się będzie ekskluzywnie z ponad 300 listów i bilecików adresowanych do niejakiej siostry Gertrudy Costtantini, wizytki, którą Pallotti, jako spowiednik, prowadził przez kilkanaście lat. Gdy na początku listopada zapytałem ks. Bayera co sądzi o tych listach, odpowiedział: pasjonujące, najciekawsze, najbardziej intymne. 

Gdy ktoś rzuci hasło „Pallotti-kobieta”, najczęściej myślimy o Elżbiecie Snnie. Może niektórzy kojarzą jeszcze nazwisko Elżbiety Cozzolli, pierwszej przełożonej Pià Casa w Rzymie. Dużo mniej już wiemy o jego relacjach z Pauliną Jaricot, założycielką Liońskiego Dzieła Propagandy Wiary, z wdową i mistyczką Anną Marią Taïgi, z nawróconą na katolicyzm księżną Zénaïdą Volkonsky, z córką Alexandra hrabiego Rochefoucauld, Adelajdą Borghèse urodzoną w Paryżu, z Franciszką Teofilą de Maistre, również Francuzką, z rodziny słynnego hrabiego Józefa-Marie de Maistre, z Antonią Bronzini pobożną damą, która po śmierci męża chirurga, otworzyła swój dom dla sierot, z Magdaleną Salvati, żoną Jakuba, czy w końcu z Marianną Allemand, siostrą księdza Jana Allemand, jednego z pierwszych członków ZAK. To tej relacji zawdzięczamy te mądre i wyważone słowa Don Vincenzo zapisane w jednym ze swoich listów adresowanych do Marianny: „Bóg wynagrodzi wszystkie twoje miłosierne wysiłki, a zwłaszcza to doskonałe usposobienie serca, które przynagla cię do pragnienia czynienia wciąż więcej. Proszę, nie zapominaj przy tym, że Bóg zadowala się tym, że robisz to co możesz”. 

Wynika z powyższego, że Pallotti nie bał się kobiet. Jego intensywność relacji z kobietami świadczy raczej o tym, że Don Vincenzo chciał uzdrowić ten nieco chorobliwy strach Kościoła swoich czasów przed zaangażowaniem kobiet. Poza tym, cały ten sztab współpracownic Pallottiego, zrodził się z bardzo intensywnej i płodnej relacji duchowej. Dla większości z nich, Don Vincenzo był po prostu spowiednikiem i kierownikiem duchowym. To co wprowadziło ich na drogę współpracy apostolskiej, to pragnienie świętości. Było ono, bez wątpienia, decydujące dla ich zaangażowania w Zjednoczeniu  i dla Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. 

Po drugie, kolejny raz jawi się jako oczywisty fakt, że Don Vincenzo Pallotti był człowiekiem relacji i przyjaźni dużo bardziej niż doktryny. To nie do idei czy do jakiejkolwiek doktryny starał się przywiązać swych pierwszych współpracowników i współpracowniczki. Jego więzy serdecznych przyjaźni opierały się na rzeczywistej współpracy, bądź w porządku duchowym bądź w porządku społeczno-charytatywnym, aby móc odpowiadać „tu i teraz” na potrzeby Kościoła i świata. A były to przyjaźnie otwarte a nie zaborcze, wyzwalające  nie zazdrośnie posesywne owocne a nie szkodliwe dla jedności i rozwoju wspólnoty i rodzącego się Zjednoczenia.
 

Zaznaczmy w końcu że Pallotti „rekrutował” dla swego Apostolstwa Katolickiego całe rodziny i całe wspólnoty zakonne: rodzina Salvatich, Torlonia, Allemand, Borghèse, kameduli z Frascati, klaryski z San Silvestro, karmelitanki z Regina Coeli, i wiele, wiele innych. Współpraca według niego rozpoczyna się i rozwija w rodzinie i we wspólnocie. Członkowie  Zjednoczenia  Apostolstwa Katolickiego, tak świeccy (kobiety i mężczyźni), jak
i duchowni, będą dobrymi współpracownikami w Kościele w takiej mierze,
w jakiej będą dobrymi współpracownikami między sobą, w ich wspólnotach
i w ich rodzinach. Może warto przy tej okazji zapytać i o nasze relacje z kobietami, o moje relacje związane z moim powołaniem i moim posługiwaniem. Czego ja w nich szukam? Co nas łączy? Co nas pasjonuje?
 

Dodaj komentarz...