Ja, słuchacz i obserwator, mówca słaby...
Ja, słuchacz i obserwator, mówca słaby (w pisaniu dopuszczający), obrońca zdziwienia i prawa do niewiedzy, loguję się na ddmgniezno, żeby krótko podsumować rewelację moich ostatnich miesięcy. Pozwolę sobie zresztą od tego zacząć - od tego, że ostatnie miesiące, w zaokrągleniu pół roku, były miesiącami, jakich w życiu nigdy nie miałam.
Były myślami, które choć powtarzane od lat, ciągle są pierwsze. Były chwilami, które przeżywane od lat, zawsze są nowe. Były stanami, które choć raz zdefiniowane, nigdy nie podlegają żadnej definicji. Mam lat 18 i mam niemożliwość zmiany tego wieku. Nie mogę się cofnąć, nie mogę się dodać, nie mogę się też poddać, ulec, smucić. Mogę przyjąć.
Przyjmuję.
Siadam na twardym krześle, jak pani Geppert właściwie, może nie w teatrze największym, może jeszcze w takim małym, takim moim małym, zamkniętym, nieznanym, ale tak samo patrzę i tak samo oczom nie wierzę. I biorę teraz głęboki oddech i słucham tego, co mam sobie do powiedzenia.
I czytam to, co mam sobie do napisania.
.
Kochać człowieka? Dobrze. Którego? Każdego.
Tego, co macha mi przed nosem Biblią, tego, co Biblią nie macha, ale Biblią mówi, tego co Biblią nie mówi, ale Biblią żyje, tego co Biblią nie żyje, ale Biblię czyta, tego także, co Biblii nie czyta, ale ma ją w domu i tego co nie ma jej w domu i nigdy jej nie poznał.
Kochać mam człowieka, który się do mnie uśmiecha szczerze, i który się do mnie uśmiecha fałszywie, i który się do mnie nie uśmiecha, i który się do mnie w ogóle nie ma, ale ma się do kogoś innego i do kogoś innego uśmiecha się szczerze albo fałszywie, albo się nie ma do nikogo nigdy i do nikogo nigdy się nie uśmiecha.
Wydaje się, że najłatwiej chrześcijanom jest kochać tych, którzy mówią, że kochają Jezusa, z którymi tworzy się wspólnotę, Bożą relację, wzajemne kształcenie w zakresie wiedzy, niewiedzy, czynów, nieczynów, z którymi można iść do kościoła rozmawiając o modlitwie.
Tymczasem jakże trudno jest chrześcijanom kochać chrześcijan, jakże nieprzyjemnie jest zauważyć, że łatwiejszą miłością darzyć można tych, którzy się Boga wyrzekają, jakże nieprzyjemnie jest uzasadniać to na podstawie doświadczenia.
.
Zanim stwierdzi się odgórnie, a może bardziej w odgórnym imieniu, że słabego mam ducha i słabą pojemność miłości, popatrzmy, jak przez ostatnie kilka miesięcy, co były pierwsze, nowe i jedyne, postawiono na mojej drodze masę nowych, pierwszych i jedynych relacji z ludźmi, których wcześniej nie znałam, a których chciałabym poznawać przez całe życie.
Jedni byli do tańca, drudzy do recytacji, trzeci do samego bycia, a czwarci, piąci, szóści do innej jeszcze, na innej jeszcze płaszczyźnie, współpracy.
Wszyscy oni byli organizmem życzliwości, ciałem radości, duchem szczerości, autentycznymi czynami pomocy, niczym nie skrępowanymi ruchami przyjaźni - Panie Boże, przecież to są Twoje perełki.
Nie informowano mnie o niczym, co byłoby poza tym, co konieczne. Nie dodawało mi się myślach, nie skracało, nie przypuszczało, ale przyszły dni, może nie nagle i może nie przyszły same, ale prawdopodobnie odgórnie je przyprowadzono, że poznałam, czym jest zaskoczenie.
Żadna z tych rewelacyjnych osób nie była wiary katolickiej. Ktoś nie chodził na religię, ktoś nie akceptował Kościoła, ktoś akceptował wszystko, ale osobiście nie wyznawał niczego, ktoś nie mówił o tym nic, bo ważniejsze było wszystko inne, ale każdy z nich był był przecież niespodzianką, w której zapakowano radość, wsparcie i miłość.
Jak to?
.
Zresztą już prawie na początku przyszło mi się zorientować, że nazwanie siebie chrześcijaninem wcale mnie nie przedstawia. Że przynależność do jakiejś wspólnoty świadczy jedynie o przynależności do wspólnoty. Że kiedy trzymam w ręce zeszyt do matematyki, trzymam jedynie w ręce zeszyt do matematyki. Że kiedy pisze ten tekst, piszę jedynie tekst.
Ty możesz w to wierzyć i możesz w to nie wierzyć. Możesz wierzyć, że to co piszę jest takie jakim to pisze, albo nie wierzyć. Ale ja muszę mieć świadomość tego, że tak jest i że rozsądną rzeczą będzie ukazywanie tego co jest przez to, czego nie ma.
Za miano chrześcijanina i za odmiany chrześcijańskiego pojęcia, niczego się odgórnie, ani też, uwierz, w odgórnym imieniu, nie dostaje.
Kto chce doprowadzić siebie do stanu bycia chrześcijaninem świadczącym o byciu chrześcijaninem musi poznać istotę. Musi, że tak sobie pozwolę, pojąć, że istota zawsze wyprzedza istnienie. Żeby żyć trzeba wybierać, żeby być chrześcijaninem trzeba się chrześcijaninem tworzyć.
.
Grono bliskich mi osób to osoby niewierzące, ale kocham ich miłością stęsknioną, goniącą za autentycznością świata.
Robi się przykro, kiedy zawodzą katolicy, kiedy nie mówią prawdy katolicy, kiedy nie pomagają katolicy, kiedy się nie chce katolikom i kiedy się chce nie tego, czego się chcieć powinno - katolikom. Robi się przykro, kiedy ci katolicy, kiedy ci ja, kiedy ci ty, o takich niewierzących wiedzą to, czego nie wiedzą, kiedy dokonują podziałów, segregacji, stają się egzaminatorami wartości takiego i innego człowieka, dyrektorem do spraw dopuszczenia w takie a nie inne miejsca.
Nie rozumiem jak to jest, że ktoś może mieć większe, a ktoś mniejsze prawo do przyjścia do kościoła, wyjazdu na rekolekcje, dołączenia do grupy młodzieżowej, wypicia kawy z duszpasterzem, noclegu w zgromadzeniu sióstr zakonnych.
Ci moi niewierzący to Boże perełki. Kochają dobro, więc kochają Boga. Nawet jeśli w Niego nie wierzą, kochają Go całym sercem, całą duszą i ze wszystkich swoich sił.
A bliźniego swego jak siebie samego.
.
Jeśli trzeba wnioskować, to raczej każde powyższe zdanie uznaję za wniosek. Właściwie to jest tekst-wniosek.
Może nie brzmi to wszystko wystarczająco ładnie, zgrabnie, zadowalająco, ale takie powstało, takie zostanie.
To się, ddmowicze, nie ma podobać. To się ma czytać i chcieć rozumieć.

Olga od Antka
Opublikowano 2012-02-29 22:30:01
Piękno indywidualności, jaką jest każdy z nas jest jednocześnie przekleństwem dla ludzi nas otaczających.














