"Nie wszystek umieram, To, co we mnie niezniszczalne, trwa."
- Szczegóły
- Utworzono: sobota, 01, listopad 2008 00:35
„Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”-„Spieszmy się uciekać od tematu śmierci, bo za szybko przyjdzie.” Jesteśmy młodzi, nas to nie dotyczy. Kres ziemskiego życia? Kiedyś nadejdzie, ale po co zastanawiać się nad tym? Będzie coś dalej, albo nie będzie. Jestem wierząca/wierzący, więc znam teorię o niebie, czyśćcu i piekle.
Nie wierzę, stąd śmierć jest dla mnie końcem wszystkiego, ale nie będę się teraz nad tym zastanawiać, bo to bardzo odległa przyszłość. Uciekamy od tematu umierania. Uważamy, że przywoływanie zagadnień związanych ze śmiercią w myślach czy rozmowach spowoduje, że ta przyjdzie wcześniej i nie pozwoli nam zrealizować planów, osiągnąć celów. Nie dostrzegamy tego, że temat ten jest taki straszny, gdyż go nie zgłębiamy i nie próbujemy odkryć treści w nim zawartych. Opieramy się na wypracowanych stereotypach i nie chcemy wyjść poza nie nie dlatego, że tak bezpieczniej, ale dlatego, że takie rozwiązanie jest wygodniejsze. Często spotykam się z opiniami, że śmierć to wymyślona przez Boga kara: „A bo tak się męczył, zanim umarł”, „Miał jeszcze tyle do zrobienia, a zginął”, „Bóg za wcześnie go do siebie zabrał”. Nikt jakoś nie dostrzega w takim sposobie interpretacji rażącego paradoksu: skoro Bóg w swej ogromnej miłości stworzył człowieka, któremu dał wszelkie dobro, to jak może karać go śmiercią mającą być, w myśl zasad wiary chrześcijańskiej, przystankiem na drodze do zmartwychwstania i życia wiecznego?Nienarodzonemu dziecku początkowo dobrze w łonie matki. Ma tam wszystko, czego potrzebuje. Otrzymuje pokarm, odczuwa matczyną miłość i troskę. Rośnie i rozwija się w tym środowisku, lecz z czasem staję się ono zbyt ciasne. Dziecko potrzebuje więcej przestrzeni, spokojne „mieszkanie” w brzuchu Mamy staje się dla niego niewystarczające. Przychodzi zatem na świat, by tutaj ponownie uczyć się żyć, poznawać to, co nowe i dotąd nieznane. Doświadcza rozmaitych uczuć, od miłości, szczęścia i spełnienia po rozpacz, gorycz i ból, poznaje wielu ludzi, z których nie każdy pozostawia po sobie dobre wspomnienia, realizuje cele, spełnia marzenia. Przybywa mu lat, wiedzy, praktyk, aż w końcu ponownie odczuwa ciasnotę i brak możliwości dalszego rozwoju. Dotknięty chorobą, czy też pozostający w pełni sił ma wrażenie, że tutaj niczego więcej nie dokona, że potrzebuje nowej, większej przestrzeni, by dalej się realizować. Wtedy właśnie przychodzi śmierć, która, rozumiana w ten sposób, nie stanowi żadnej kary, ale jest raczej przejściem, przystankiem prowadzącym do zmartwychwstania. Osoba umierająca rozpoczyna kolejny etap swojej drogi. Przechodzi na „drugi brzeg” pozostawiając swoich bliskich. I to jest właśnie najtrudniejszy element śmierci. Nie strach przed własnym zgonem, nie lęk przed tym, co po tamtej stronie, ale ból tego, kto stracił ważnego dla siebie człowieka. Kochamy rodziców, dziadków, dziewczynę, chłopaka. Wiemy, że zawsze możemy na nich liczyć: pójść po radę, usłyszeć ciepłe słowa, poczuć dotyk. Kiedy dana osoba umiera, przechodzi na drugą stronę, jakikolwiek kontakt fizyczny jest nie możliwy.
Nieżyjący człowiek nadal pozostaje w naszych myślach, wspomnieniach, jest duchowo obecny, ale jego fizyczny brak przeraża. Czy przestajemy wtedy kochać? Nie, skądże! My po prostu nie możemy pojąć, jak darzyć uczuciem kogoś, kogo nie widzimy, nie słyszymy, nie czujemy. Boimy się, że śmierć, która zabrała nam ukochaną osobę, jest barierą nie do przekroczenia. „Jak teraz zapytam ją o radę?”, „Kto obejmie mnie, gdy będzie mi źle?” , „Jak teraz powie mi, że cieszy się z moich sukcesów?” Te i wiele innych, podobnych pytań, nieustannie towarzyszą egzystencji człowieka, który musiał pożegnać kogoś bliskiego i pozwolić mu iść dalej, w stronę Chrystusa. Ale czy ktoś w takiej sytuacji próbował zastanowić się, jak to jest z Bogiem? Jego też przecież nikt z nas nie widział, a i tak wierzymy, że istnieje, kocha, pomaga. Napotykamy na swojej drodze wyraźne znaki Jego obecności, w trudnych chwilach odczuwamy Jego pomoc. Miłość jest jak wiatr- nie widzisz Jej, ale możesz Ją poczuć. Dlatego też tak jak do Ojca, często zwracamy się w modlitwie do naszych zmarłych, rozmawiamy z nimi, prosimy o radę. Nie, to nie wyraz skrajnego obłędu i postępującej głupoty, ale dowód na to, że śmierć ma zbyt małą siłę, by zniszczyć miłość, przywiązanie, silną więź emocjonalną. To także dowód na to, że śmierć zabiera tylko ciało człowieka. Jego metafizyczna obecność jest ciągle odczuwalna, przez co osoba ta, mimo, że jej nie widać, pozostaje w naszym życiu.
Boimy się śmierci, bo jest dla nas nieznana. Zgłębianie zagadnień dotyczących jej budzi paniczny lęk, którego podłożem są stereotypy i pozostałości pradawnych wierzeń. Opieranie się na mylnych, płytkich przekonaniach powoduje, że istota śmierci staje się dla nas obca. Nie widzimy w niej drogi do życia wiecznego, a jedynie przeszkodę zabierającą ukochanych ludzi i przynoszącą ból. Być może pisanie o śmierci w taki sposób jest łatwiejsze, niż przeżywanie straty, ale właśnie takie podejście umożliwi zrozumienie sensu śmierci i pozwoli odkryć w niej to, co najważniejsze, a więc drogę do życia wiecznego, bo przecież „daremna byłaby nasza wiara, gdyby nie było zmartwychwstania.”
Nieżyjący człowiek nadal pozostaje w naszych myślach, wspomnieniach, jest duchowo obecny, ale jego fizyczny brak przeraża. Czy przestajemy wtedy kochać? Nie, skądże! My po prostu nie możemy pojąć, jak darzyć uczuciem kogoś, kogo nie widzimy, nie słyszymy, nie czujemy. Boimy się, że śmierć, która zabrała nam ukochaną osobę, jest barierą nie do przekroczenia. „Jak teraz zapytam ją o radę?”, „Kto obejmie mnie, gdy będzie mi źle?” , „Jak teraz powie mi, że cieszy się z moich sukcesów?” Te i wiele innych, podobnych pytań, nieustannie towarzyszą egzystencji człowieka, który musiał pożegnać kogoś bliskiego i pozwolić mu iść dalej, w stronę Chrystusa. Ale czy ktoś w takiej sytuacji próbował zastanowić się, jak to jest z Bogiem? Jego też przecież nikt z nas nie widział, a i tak wierzymy, że istnieje, kocha, pomaga. Napotykamy na swojej drodze wyraźne znaki Jego obecności, w trudnych chwilach odczuwamy Jego pomoc. Miłość jest jak wiatr- nie widzisz Jej, ale możesz Ją poczuć. Dlatego też tak jak do Ojca, często zwracamy się w modlitwie do naszych zmarłych, rozmawiamy z nimi, prosimy o radę. Nie, to nie wyraz skrajnego obłędu i postępującej głupoty, ale dowód na to, że śmierć ma zbyt małą siłę, by zniszczyć miłość, przywiązanie, silną więź emocjonalną. To także dowód na to, że śmierć zabiera tylko ciało człowieka. Jego metafizyczna obecność jest ciągle odczuwalna, przez co osoba ta, mimo, że jej nie widać, pozostaje w naszym życiu.
Boimy się śmierci, bo jest dla nas nieznana. Zgłębianie zagadnień dotyczących jej budzi paniczny lęk, którego podłożem są stereotypy i pozostałości pradawnych wierzeń. Opieranie się na mylnych, płytkich przekonaniach powoduje, że istota śmierci staje się dla nas obca. Nie widzimy w niej drogi do życia wiecznego, a jedynie przeszkodę zabierającą ukochanych ludzi i przynoszącą ból. Być może pisanie o śmierci w taki sposób jest łatwiejsze, niż przeżywanie straty, ale właśnie takie podejście umożliwi zrozumienie sensu śmierci i pozwoli odkryć w niej to, co najważniejsze, a więc drogę do życia wiecznego, bo przecież „daremna byłaby nasza wiara, gdyby nie było zmartwychwstania.”











